Artykuły Zawodnicy Rekordy Galeria Sezon Klub

Apusoft - wszystko można oprogramować!

 
Sukces nigdy nie jest efektem słomianego zapału. Żeby go osiągnąć, trzeba przejść przez prawdziwy ogień.
Artykuły

2017.07.14-16 :: Lublin :: Mistrzostwa Polski - Zawody - Sprawozdanie

Letnie Mistrzostwa Polski Juniorów 15 lat

W ostatni weekend tradycyjnie liczna grupa 15-letnich pływaków jelczańskiej Manty z jeszcze liczniejszą ekipą wsparcia, będącą najwierniejszym fanklubem, trafiła do dalekiego Lublina. Dla niebędących tu wcześniej zwłaszcza Stare Miasto robi duże wrażenie. Ciekawa zabudowa, klimatycznie wijące się uliczki. To wszystko tworzy atmosferę. Nawet niewyremontowane kamienice, a może właśnie dzięki temu, dodają uroku, aż chce się przysiąść w jednej z licznych kafejek, restauracji i napawać się tym odmiennym dla naszego Wrocławia wyglądem. Jednak nie to było naszym celem przyjazdu. Chociaż miasto Czechowicza, Kraszewskiego przygotowuje się do obchodów 700-lecia nasze kroki skierowane zostały do bardzo nowoczesnej pływalni Aqua Lublin.

Kilka miesięcy temu obiekt gościł najlepszych polskich seniorów zmagających się o krajowy championat. A w dniach 13-16 lipiec Aqua Lublin gościła 15-letnich pływaków aspirujących do zastąpienia „starych” mistrzów i wspięcia się przynajmniej na krajowy szczyt. Z taką myślą, pośród 134 klubów z całego kraju, drużyna Manty stawiła się na słupkach startowych. W gronie 493 zawodników swoje umiejętności chcieli pokazać również nasi jelczańscy mistrzowie: Ola Mruk, Maja Muszyńska, Zosia Raszczuk, Ola Szymkowiak, Asia Zoglowek, Michał Aleksandrowicz, Szymon „Przecinak” Gilżyński, Janek Wilgosz. Cały nasz gwiazdozbiór oczywiście pod batutą trenera Romana Żerka.

Tradycyjnie w przeddzień mistrzostw zaczęliśmy od rozgrzewki aklimatyzacyjnej. Sprawdzenia warunków panujących na basenie, słupków startowych. Przywitanie się ze znajomymi z innych klubów, spojrzenie głęboko w oczy największym konkurentom, aby spróbować odkryć w jakiej są formie. A także jak przystało na gwiazdy przeprowadzenie podwodnej sesji zdjęciowej, wykorzystując szklaną ścianę niecki basenowej, która jest jedną z atrakcji Aqua Lublin. Dla kibiców była to jedyna możliwość spojrzenia na codzienny świat naszych zawodników. Można było się poczuć niczym odkrywca przyrody z National Geographic.

Od piątku rana wszelkie atrakcje miasta i obiektu zeszły na plan dalszy. Przed wszystkimi stał jeden cel – pokazać swoje umiejętności, możliwości w rywalizacji z rówieśnikami. Dla jednych celem były medale, dla innych „złapanie się” do finałów, jeszcze dla innych po prostu dobry wyścig zwieńczony życiówką.

Na poprzednich mistrzostwach, zwłaszcza ostatnich zimowych, Zosia przyzwyczaiła nas do medali, do mistrzowskich tytułów. I tym razem oczekiwania w stosunku do niej były duże. Tak jak kiedyś pisałem, ciężko wspiąć się na sportowy szczyt, ale jeszcze bardziej utrzymać się na nim. I Zosi się to udało. W każdym swoim eliminacyjnym wyścigu była w czołówce i kwalifikowała się do finałów. A finały jak zawsze rządzą się swoimi prawami. Tu nie ma znaczenia kto ma najlepszy czas w rankingu, nie ma nawet znaczenia kto w przedpołudniowych eliminacjach był najszybszy. Liczy się tu i teraz. Kto szybciej od rywali – bez względu na uzyskany czas – dotknie tablicy ten zasiada na krajowym tronie. Zosia wytrzymała tą presję. Ponownie obroniła tytuł mistrzyni Polski na 50 metrów motylem. Do tego wywalczyła dwa brązowe medale w stylu dowolnym na 50 i 100 metrów. Zapewne dla Zosi smak tych medali był inny niż poprzednich, przede wszystkim pierwszych. Ale to naturalne, kolejne medale to potwierdzenie sportowego poziomu. Nie ma już zaskoczenia, tylko satysfakcja utrzymania prymatu. Dla kibiców także, chociaż mówię tu tylko o sobie. Pierwsze zwycięstwa, medale w Olsztynie to były nieprawdopodobne emocje. Adrenalina kipiała, chociaż nie była to moja córka. Te ostatnie medale przyjąłem spokojniej. Tu nie było pytania czy będą medale, tylko jakie i ile.

Pozostali zawodnicy również dali z siebie wszystko, ani na moment nie ustępowali rywalom, było u nich widać chęć walki, także walki ze sobą, nie tylko z konkurentem. W końcu każdy rasowy sportowiec to prawdziwy fighter. Wszyscy Mantowicze poprawiali rekordy życiowe, a trójka z nich – Ola Mruk, Michał i Przecinak w każdej swojej konkurencji. Dodatkowo Przecinak tradycyjnie pokazał, że motylem jest jak śpiewała kiedyś Irena Jarocka (pewnie młodym nic to nazwisko nie mówi). Kolejny raz trafił do czołówki w delfinie, tym razem ścigał się w finale B. Widziałem po jego minie, że nie był zadowolony z takiego finału, zwłaszcza, że jest medalistą na krótkim basenie. Jednak taki jest sport i życie. Popłynął na max-a, uzyskał życiówkę, zrobił wszystko co mógł. Nie miał już wpływu na wyniki rywali. Nie zawsze jesteśmy zwycięzcami. Jednak udział w finale B i zajęcie 14 miejsca w kraju nie jest porażką.

Poza indywidualnymi rywalizacjami było to co misie lubią najbardziej, czyli wyścigi sztafetowe. Tu emocje są zawsze. Można uczestniczyć w wielu mistrzostwach i tak za każdym razem na sztafetach człowiek jest energetyczny. W stylu dowolnym dziewczęta w składzie jak w zimie zajęły 7 miejsce. W konkurencji zmiennej w nowym składzie wywalczyły 6 miejsce. Brawa za tak wysokie lokaty w rywalizacji z dużymi klubami, przede wszystkim SMS-ami.

Podsumowując zawody trzeba zwrócić uwagę, że na 134 kluby tylko 34 uzyskały medale, a Manta zajęła wśród nich 17 miejsce. Oczywiście dzięki indywidualnym osiągnięciom Zosi. Patrząc na całość osiągniętych wyników, życiówek, widać, że nasi mistrzowie mają papiery na pływanie. Czapki z głów przed nimi i wielkie gratulacje. Za wysiłek. Za to, że ciągle im się chce poświęcać czas. Podczas tych mistrzostw udało mi się wymienić tweeta z Justyną Kowalczyk – naszą zimową sportową królową. Napisałem uwagę bardziej o mojej Oli, o tym, że ważne, iż ciągle jej się chce. Justyna potwierdziła, że to najważniejsze i życzyła powodzenie. I to spokojnie można odnieść do wszystkich zawodników. Tak trzymać i powodzenia.

Na zakończenie mistrzostw tradycyjnie udaliśmy się na wspólną kolację. Niczym wielka familia zasiedliśmy do włoskiego stołu w dalekim Lublinie. Atmosfera była bardzo dobra, mieliśmy już za sobą kilkudniowe emocje, stresy, a pyszna kuchnia tylko wpłynęła na dobry humor. „ (…) I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem, a com widział i słyszał w księgach umieściłem.”

*

Te mistrzostwa to było zwieńczenie całego sezonu, ale również zwieńczenie czterech lat jakie spędziłem w klubie. Ta przygoda nie rozpoczęłaby się oczywiście bez mojej zawodniczki i jej pasji sportowej, ja pojawiłem się tutaj tylko na „przylepkę”. Zaczynając ścieżkę pływackiego kibica byłem totalnym laikiem w tej materii. Poznałem chociażby upływ czasu. Wcześniej najmniejszą jednostką czasu była dla mnie sekunda. Dopiero w pływaniu widać ile to jest sekunda, co się może w niej wydarzyć. Co ja mówię sekunda, przecież widać ile to jest setna sekundy. W tym czasie, porównywalnym do długości paznokcia, można albo wygrać, albo schodzić ze spuszczoną głową po porażce.

Cztery lata. Szmat czasu. Jego upływ widać chociażby po zawodnikach. Niedawno porządkowałem pliki w komputerze i wpadłem na zdjęcia z zawodów. Proponuję przejrzeć archiwa. Widać na pierwszych zawodach, że startowały dzieci. Widać, że z biegiem czasu zmieniały się niczym larwa w motyla. A teraz. Młodzież stojąca u progu życia. Patrząc tak na zdjęcia przychodzi na myśl ich rozwój. Sportowy, coraz lepsze rezultaty, wyniki. Ale też życiowy. Inne zainteresowania, tematy, spojrzenie na świat. Ja szczerze mówiąc również rozwinąłem się w tym czasie – przynajmniej tak mi się subiektywnie wydaje. Pierwsze zdjęcia. Przeciętne. Teraz czasem uda się zrobić dobre ujęcie, z którego jestem zadowolony. Pierwsze artykuły z zawodów. Sztywne, surowe, proste. A im dalej tym stawałem się odważniejszy w pisaniu o emocjach, spostrzeżeniach. Przestawałem bać się, że zostanę źle odebrany. Z perspektywy czasu totalna metamorfoza. A przyczynił się do tego jeden impuls. Chęć bycia w Mancie. I paradoksalnie nie był to mój impuls tylko mojej Oli, za co mogę tylko jej dziękować.

Generalnie do wszystkich czytających – dzięki za miło spędzony czas, wielogodzinne „grillowanie” w wysokiej temperaturze na basenach całego kraju i nawet Berlina. Za chwile poza basenem, na wspólnych wyjazdach. I … do zobaczenia na dalszych zawodach, chociaż w już innej konfiguracji.

Robert Szymkowiak

2017.06.24 :: Wołów :: Zawody - Zawody - Sprawozdanie

Otwarte Mistrzostwa Powiatu Wołowskiego

2017.06.23-24 :: Gliwice :: Mistrzostwa okręgu - Zawody - Sprawozdanie

Mistrzostwa Okręgu Śląskiego Open

Ognisko - Strefa klubu - Sprawozdanie

Podsumowanie sezonu 2016/2017

Tradycja. Dzisiaj, w epoce szybkiego i intensywnego życia często jest postrzegana jako przeżytek, prahistoria. Jednak są sytuacje, że to ona tworzy historię i buduje wizerunek. I tak jest w przypadku naszego klubu – UKP Manty Jelcz Laskowice. W każdym sezonie mamy pewne stałe punkty, wydarzenia, zawody, które budują naszą tradycję.

Wczoraj, 14 czerwca nasz klub spotkał się nad jelczańskim stawem na corocznym ognisku podsumowującym mijający sezon. Było to symboliczne podsumowanie, gdyż przed nami jeszcze Mistrzostwa Polski Juniorów w różnych kategoriach wiekowych. Jednak ze względu na kalendarz i zbliżające się wielkimi krokami wakacje na ten moment puentowaliśmy sezon.

Zawodnicy stawili się bardzo licznie, zarówno młodsi będący pod trenerską opieką Mirosława Górskiego, jak i starsi trenowani przez Romana Żerka. Jak przystało na rodzicielski klub nie zabrakło również rodziców.

Jak w każdej imprezie musiały być oficjalne elementy. Trenerzy wręczyli nagrody dla wyróżniających się zawodników. Zawodnicy podziękowali trenerom za ich całoroczną pracę. A starsza grupa dla trenera Romana przygotowała niespodzianki. Jak przystało na klub sportowy było coś dla ciała, ale i dla ducha. Dla ciała własnoręczny wypiek, tort, skonsumowany w iście sprinterskim tempie (w końcu sportowcy). A dla ducha również własną, wykonaną premierowo piosenkę. Aż szkoda, że w tym roku nie będzie festiwalu piosenki w Opolu, z takim - jak mówią młodsi ode mnie - mega wykonem nagroda za debiut byłaby raczej murowana.

Był również sentymentalny akcent. Pożegnanie Oli Bartyzel, zawodniczki z najdłuższym stażem w Mancie. Będącej swego rodzaju wzorcem i drogowskazem dla młodszych pływaków. Pożegnanie okupione łzami samej Oli i brawami obecnych. Jeszcze raz powodzenia dla Oli na uczelni i w nowym klubie.

Niestety dla klubu rozstań było więcej. Grupa młodszych zawodników także żegnała się z Mantą – Agata, Julia, Ola, Arek i Czarek. Dla nich również była burza braw. Swoista zmiana pokoleniowa w klubie. Czas nieustannie płynie i wszystko się zmienia. A w klubie pływackim czas płynie dosłownie, namacalnie, nawet do setnej sekundy.

Po tych nostalgicznych elementach rozpoczęła się już luźna część wieczoru. Przy ognisku pieczenie kiełbasek, a ponieważ zawodnicy byli bezpośrednio po treningu, to nikogo nie trzeba było namawiać do degustacji. Gry, zabawy dla sportowców. A rodzice jak zawsze, rozmowy na poważne i mniej ważne tematy. Nie straszne były nawet hordy komarów, jednak jak nastał zmrok nie sposób było już m.in. grać w „kartofla”. Z prawami przyrody się nie wygra i imprezę należało zakończyć. Dzięki za miło spędzony czas.

Robert Szymkowiak

     

strona
 1 
 2 
 3 
 4 
 5 
 ... 

następna

Sponsorzy

Przyjaciele i partnerzy

Wybrane strony

Filmy | Galeria |

Written by
Apusoft - Krzysztof Raszczuk
Jelcz-Laskowice 2014
Pliki cookie pomagają nam udostępniać nasze usługi. Korzystając z tych usług, zgadzasz się na użycie plików cookie.